11.Wizje
Link 05.05.2012 :: 18:47
Komentuj (0) Laren uchylił lekko okno, by wpuścić nieco świeżego powietrza do tej klitki. Oparł głowę o framugę okna, a poranny wiatr zmierzwił mu włosy. Oddychał pełną piersią, aby nacieszyć się zapachem jodu. To Stara zaprowadziła go do tego pokoju, w którym pełno było nieużywanych już przedmiotów, takich jak: zepsute krzesła, potłuczone kolby czy stare narzędzia ogrodnicze. Miejsce było dla niego ponure, lecz dla pająków i innych paskudztw był to istny raj, a pajęczyny wisiały dosłownie wszędzie.
- Poczekaj tutaj – powiedziała mu wtedy Stara. – Pomogę ci ją znaleźć. Sam nie dasz rady. Ona może być w dowolnym miejscu – charknęła i splunęła na podłogę.
Laren nie miał pojęcia, dlaczego ona chce mu pomóc. Tym bardziej nie mógł wytrzymać w jednym miejscu. To już osiem dni! Osiem dni, podczas których Lei mogło przytrafić się coś złego. Owszem, kochał ten świat, był to przecież jego dom, ale nie zapomniał o zbirach i handlarzach niewolnikami. Nie chciał, aby jego wnuczka została zabita przez jednego z tych drani, lub – co gorsza – skończyła jako czyjaś niewolnica. Już oczami wyobraźni widział jej pokiereszowane ciało, lecz potrząsnął gwałtownie głową.
Nie!
Nie może tak myśleć!
Nigdy nie wierzył w żadne bóstwa, dlatego podczas wojny z politowaniem patrzył na tych , którzy swój ratunek widzieli jedynie w nieustających wołaniach o ratunek do bógów. Ale w tej sytuacji sam zaczął się modlić.
- O, bogowie! – tak zaczynała się jego litania. – Jeżeli istniejecie, jeżeli naprawdę kochacie tych, którzy stąpają po tej ziemi, to błagam was, czuwajcie nad moją Leą.
Powtarzał te słowa codziennie rano i wieczorem, mając cichą nadzieję, że władcy niebios wysłuchają jego błagań.
Nagle usłyszał tupot kroków. Zdziwiło go to, gdyż Stara przychodziła do niego ze skromnym posiłkiem dopiero późnym wieczorem. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, drzwi otworzyły się, wpuszczając do pomieszczenia więcej światła i oślepiając przy tym Feliksa..
- To ja – odparł chropowaty głos, po którym nastąpiło charakterystyczne splunięcie.
- Masz jakieś wieści? – zapytał od razu wojownik.
- Wczoraj, w godzinach rannych, widziano ją w towarzystwie pewnej nimfy. Otumaniły czarodzieja i popędziły na północ.
- Kiedy przyszła ta informacja?
- Dopiero dzisiaj rano. Cały zamek huczy od plotek, a Jego Wysokość nie ma pojęcia, co ma w tej sytuacji zrobić. Chociaż, gdy miałam zamiar wracać, usłyszałam, jak każe rozesłać wiadomość o tym zajściu do pozostałych sześciu władców.
- Gdzie to się stało?
- W wiosce Marels…
Laner dalej jej nie słuchał. Dopiero teraz dostał wiadomość, a tymczasem Lea mogła być już daleko od tej nędznej mieściny. Ale jeżeli kieruje się na północ, to pewnie zmierza w stronę Smoczych Gór. Czy to możliwe? Czy sądzi, że w tych górach znajdzie schronienie? Pewnie ona sama nie ma pojęcia, dokąd podąża.
- Dziękuję za jedzenie i informacje – rzekł oschle i już miał zamiar wyjść, gdy Stara go zatrzymała:
- Zapamiętaj, co ci wtedy powiedziałam. Zgubi ona ten świat...
***
Lea ledwo mogła wstać, a co dopiero ustać na nogach. Uda bolały ją niemiłosiernie, a przy każdym następnym kroku miała wrażenie, że znów jedzie konno. Wczoraj, od świtu do zmierzchu popędzały konia, aby zostawić za sobą jak najdalej wioskę. Kiedy zrobiło się chłodniej, a słońce ostatnimi promieniami zalewało step, zsiadły z rumaka i pozwoliły mu pójść swoją drogą. One tymczasem ruszyły na północ. Nie minęło sporo czasu, gdy dziewczyna i nimfa padnęły wycieńczone na ziemię i zasnęły.
Sen przyniósł pewne ukojenie brunetce, lecz jej żołądek domagał się czegoś do jedzenia. Zajrzała do torby. Wody i tego, co dostała od rusałek wystarczy tylko na jeden posiłek. Westchnęła, wzięła do ręki to, co zostało i podeszła do Miry. Potrząsnęła nią, podsuwając pod nos jej porcję jedzenia.
Zielonowłosa ledwo otworzyła oczy, ale z wdzięcznością przyjęła trochę wody i zieloną papkę. Mira już wcześniej dosiadała konia, a więc jej ciało nie było takie obolałe.
- Źle wyglądasz – zauważyła Mira.
- Eee tam… - Lea machnęła lekceważąco ręką. – Mam tylko zakwasy.
Zaraz mi przejdzie.
Mira, tak samo jak Lea, nie była porannym ptaszkiem. Rano potrzebowały czasu, by całkowicie wydobyć się z ramion snu.
Kiedy nimfa w żółwim tempie spożywała swoją porcję, Lea otarła rękawem usta i rozejrzała się dookoła. Słońce nie stało zbyt wysoko na firmamencie, a więc musiało być gdzieś około dziewiątej rano. A poza tym, wszędzie widziała morze traw. Jednakże step ten był inny. Źdźbła traw sięgały jej ledwo do kostek. Miały niezdrowy, zielony kolor, tak, jakby ktoś popryskał je trucizną. Nie dostrzegła żadnych krokusów, maków, ani innych kwiatów.
A te rośliny, które zauważyła, wyglądały tak, jakby zaraz miały raz na zawsze zakończył swe życie. Były straszne wyschnięte, a ich kielichy dotykały ziemi. Lea doznała nagle dziwnego uczucia. Miała wrażenie, że niemal słyszy ból natury, jej wołania o choć kroplę deszczu, lub czegoś innego, co przywróciło by jej dawną świetność.
- Straszne, prawda? – zapytała nimfa, widząc, jak brunetka przypatruje się zniszczonej okolicy.
- Też to poczułaś? – dziewczyna wstała, otrzepując się z uschniętej trawy.
- Tak – zielonowłosa kiwnęła twierdząco głową. – W końcu jestem nimfą. No.. może tylko w połowie, ale ja też jestem w jakimś stopniu związana z duchami natury.
- Czy to przez suszę?
- Nie. To przez wojnę. Wojnę, która trwała zaledwie trzydzieści lat, a pochłonęła tyle niewinnych istnień. To przez Szedeara, który miał być jej obrońcą, a stał się jej wrogiem. Zobacz – gestem ręki wskazała na otaczający ich krajobraz. – Minęło trzysta lat, a ziemia nie jest wstanie się zregenerować. Wszyscy próbowali przywrócić po wojnie dawny wygląd tej ziemi . Ale to na nić się nie zdało.
- Mówiłaś, że Szedear miał być strażnikiem. A więc co się stało, że postąpił inaczej? – Lea pomogła nimfie wstać i razem ruszyły na północ.
- Moja mama mi opowiadała, że zakochał się w kapłance, która była limfą tej ziemi...była jak powietrza dla nas...och! w każdym razie wiesz, o co mi chodzi... Jednak ich małżeństwo nie mogło dojść do skutku, gdyż kapłance nie wolno było wyjść za swego strażnika. Ona była przeznaczona dla innego kapłana i wraz z nim miała podtrzymywać życiodajna silę ziemi. Szedear zbuntował się przeciwko niemu. Zabił kapłana i zmusił ją, by została jego żoną. Ludzie potem mówili, że kapłanka nie mogła znieść myśli, że będzie jego i jakiś czas później umarła. Szedear wpadł w szał, a później zamordował króla i rozpoczął wojnę przeciwko innym państwom. Czy tak było naprawdę? Nie wiem. Mówię tylko to, co mi opowiadała mama.
Lea nic już więcej nie powiedziała. Nie zdawała sobie sprawy, że szaleństwo jednego człowieka, może mieć aż tak tragiczne skutki.
Szły w milczeniu, a słońce na niebie odliczało godziny. Gdzieś około południa brunetka ponownie doznała dziwnego uczucia. W głowie jej się zakręciło, a mim to szła dalej. Nagle zaszumiało jej w uszach, a obraz przed jej oczami zaczął się zmieniać. Już nie kroczyła po suchych trawach, lecz po wspaniałym dywanie z kwiatów i miękkich traw. Od czasu do czasu słyszała brzęczenie os i trzmieli, a nawet świergot ptaków. Nogi same zaczęły iść szybciej, a Lea była upojona całym tym widokiem. Nie miała bladego pojęcia, ile czasu już tak idzie. Ale nie miał to dla niej wielkiego znaczenia.
Ni stąd, ni zowąd, przed jej oczami pojawiła się mała, kamienna kapliczka, w której mieścił się posążek kobiety i smoka. Lea stanęła parę metrów przed nią. Poczuła, jak ogarnia ją spokój, a coś słonego spłynęło jej po policzkach.
Nagle coś błysnęło, usłyszała krzyki i wrzawę, a tam, gdzie przed chwila stała kapliczka, znajdowały się tylko sterty gruzu i odłamana głowa smoka. Dziewczyna znów czuła krew, jej metaliczny posmak, a cisza była ciężka. Zupełnie tak, jakby zaraz miało stać się coś o wiele gorszego. Brunetka chciała się ruszyć, ale ciało nie słuchało jej. Czuła, że coś nadchodzi…że trzeba uciekać…
-
Amalteo – usłyszała męski głos, a był on tak pełen cierpienia, że Lei aż się ścisnęło serce.
Pewien mężczyzna, w zniszczonej i zakrwawionej zbroi czołgał się do smoka. Dziewczyna nie mogła dostrzec twarzy rannego, ale za to bardzo dobrze widziała to olbrzymie zwierzę. Jego kolczasty ogon był poszarpany, brakowało mu jednego skrzydła, z nozdrzy buchała para, a łuski w kolorze kości słoniowej były splamione szkarłatem i sadzą. Potężne cielsko smoka ledwo unosiło się, gdy bestia chciała zaczerpnąć powietrza.
-
Amalteo… – szepnął ledwo mężczyzna, czołgając się ku paszczy zwierzęcia.
-
Derrik… – odpowiedziała mu smoczyca.
Lea wiedziała to, gdyż jej głos przypominał mówiącą w letargu kobietę.
-
Amalteo… przepraszam… zawiodłem nas wszystkich… nie udało mi się go powstrzymać – wyszeptał mężczyzna. Jego ciało było trzęsło się. Jedna ręka zwisała mu pod dziwnym kątem z boku, a drugą głaskał olbrzymie zwierze delikatnie po pysku.
-
To my zawiedliśmy, Derriku – powiedziała smoczyca, kierując swe spojrzenie na jego pokiereszowaną twarz. –
Musimy się teraz wycofać. Ale przyjdzie kiedyś taki dzień, że ostatnia z naszego rodu powróci, a wówczas ty i ja również. A wtedy to, co chciała zbudować twoja siostra, ona tego dokona.
-
Czyli to, co jest wokół nas ma pójść w niepamięć?
-
Taka jest kolej rzeczy. To, co powstanie kiedyś na tych gruzach będzie początkiem nowej ery. Wszystkie rasy tej ziemi zapomną o tym, co było, będą się cieszyć tym, co jest, aż w końcu znów przyjdzie śmierć, a następnie pokój, który znów da początek czemuś nowemu.
-
Amalteo… - mężczyzna dotknął czołem jej pyska.
W następnej minucie, ciało smoka zamieniło się w kamień, a jego ranny towarzysz upadł bez życia na ziemie.
Lea nie do końca była pewna tego, co się wokół niej dzieje, ale gdzieś w głębi siebie czuła, że ci dwoje są jej strasznie bliscy.
-
Amalteo, Derriku... - powiedziała to w języku smoków, ale nie przejmowała się tym.
W ten sposób oddawała im hołd, na który ci dwoje zasłużyli.
I gdyby spojrzała na swoje stopy, to zauważyłaby, że tam, gdzie spadły krople jej łez pojawiły się pączki małych, polnych kwiatów.